Jest to wspólnota powstała na gruncie kościoła katolickiego, a konkretniej w ramach Ruchu Światło – Życie i międzynarodowego ruchu małżeństw katolickich Equipes Notre-Dame (END). Za jej twórcę uważa się ks. Blachnickiego. Jest to wspólnota dość prężnie działająca i na pierwszy rzut oka ciekawa. Kojarzy się ona z ciepłem domowym, gdzie cała rodzina ma wzrastać. Cała rodzina czyli żona, mąż i dzieci. Lecz czy aby na pewno tak jest?
Na początek czytamy, że ruch ten nie opiera się na Ewangelii, Piśmie Świętym tylko na nauczaniu Kościoła – w szczególności Soboru Watykańskiego II oraz założeń formacyjnych wyżej wymienionych ruchów. W sumie brak tu bezpośrednich odniesień do Boga, czy Biblii. Konferencja Episkopatu Polski wydała dokument: „zasady domowego kościoła, gałęzi rodzinnej Ruchu Światło-Życie”.
Pięknie to wszystko brzmi tylko czy aby na pewno chodzi o całe rodziny. Otóż nie. Dalej czytamy o obowiązkach małżonków, pary, która chce wstąpić do tej wspólnoty. Obowiązków tych jest dużo. Modlitwa indywidualna i wspólna, także z dziećmi codziennie, czytanie Pisma Świętego, uczęszczanie na kręgi, jeżdżenie na rekolekcje minimum raz do roku… Naprawdę zbiera się tego sporo. A więc zabiera sporo czasu z życia rodzinnego, razem.
Modlitwa. Indywidualna, parą i rodziną. Pięknie brzmi. Wygląda gorzej. Czy mamy prawo zmuszać dziecko do takiej modlitwy? Czy mamy prawo zmuszać nastolatka do takiej modlitwy? Jakie są owoce takiej modlitwy do której dziecko jest zmuszane? Nie ma tu mowy o tłumaczeniu czegokolwiek jest po prostu nakaz modlitwy. Dzieci wcale nie muszę jej chcieć, a przecież mają prawo do własnego zdania. Gdzie tutaj poszanowanie do indywidualności i wolności wyboru dzieci, nastolatków? Czy naprawdę muszę chcieć się dziennie modlić z rodzicami w domu? Nie. I rodzice nie powinni do tego zmuszać.
Comiesięczne spotkania. Mają one trwać kilka godzin 3-4 godziny. Pary mają w ich czasie modlić się, czytać Pismo Święte, rozmawiać. Co z dziećmi? W praktyce dzieci często są zamykane razem gdzieś w innym pomieszczeniu niż rodzice, albo rodzice muszą im znaleść opiekę na czas tych spotkań, bo dla nich miejsca na tych spotkaniach nie ma. Pamiętam jak mówili na takim pierwszym wstępnym spotkaniu jak zaczynała się ta wspólnota konstytuować na parafii, że dzieci przeszkadzają, płaczą, biegają, a ponadto nie mają prawa słuchać co mówią dorośli. Dorośli w ramach tych wspólnot mają też wylewać swoje zmagania rodzicielskie, mówić co dzieci zrobiły, czego nie i teoretycznie sobie doradzać co zrobić z dziećmi. Mnie się takie podejście nie podoba. Odbiera ono znów rodziców dzieciom, ogranicza czas jaki mogą spędzić razem. Umniejsza wartość dzieci w rodzinie. Nie mają prawa powiedzieć nie, to nie dla mnie. Nie mają prawa słuchać nawet czytania z Biblii. Nie mają prawa pytać. Nie mają możliwości spędzić tego czasu razem z rodzicami, choć mogą tego akurat potrzebować (choćby w danej chwili).
Rekolekcje. Znów zmuszanie do wyjazdu na rekolekcje i to nawet 15 dniowe. Czyli z innej story zmuszanie do płacenia za nie, ograniczanie możliwości wyjazdu wspólnego z dziećmi na wakacje (każdy ma ograniczony urlop w pracy). Podczas rekolekcji znów rodzice są osobno, dzieci osobno. Dzieci według zasad powinny być zapewniona opieka i rekolekcje dostosowane do ich wieku. Znów nikt nie pyta dzieci / młodzieży o zdanie tylko są zmuszane. Znów nie maja rodziców dla siebie nawet w czasie ich urlopu, gdyż oni mają nauki dla siebie. Często od rana do obiadu, a i po objedzie zdarzają się nauki. Dzieci mają często po prostu zapewnioną opiekę, bez nauki, przez ludzi mniej lub bardziej zdolnych do jej sprawowania. Wszystkie dzieci bez względu na wiek są razem i razem mają mieć zajęcia. Co w zależności od wieku dzieci może być naprawdę trudne do zorganizowania. Opiekę z zasady sprawują wolontariusze, nikt się nie zastanawia nad ich ilością na liczbę dzieci, nie kontroluje jak dają sobie radę. Pozostawienie dzieci pod ich opieką może być ryzykowne, nie wymaga się od nich wykształcenia, uprawnień czy czegokolwiek do sprawowania opieki na grupą dzieci. Często są to osoby po prostu będące blisko kościoła. Na spotkaniach comiesięcznych nawet takiej opieki nie ma. Starsze dzieci mają zajmować się młodszymi i tyle.
Nikt nie zastanawia się jakie szkody mogą ponosić dzieci rodziców należących do tejże wspólnoty. Rodzice mają mniej czasu, zasobów aby spędzać czas z dziećmi. Dzieci są pozostawiane często bez należytej opieki: czy to same sobie, czy komuś kto niekoniecznie ma ku temu kompetencje. W efekcie często dzieci takich par gdy dorosną nie chcą nawet słyszeć o tej wspólnocie, potrafią żyć daleko od kościoła, uważać, że kościół i wspólnota okradła ich z czegoś ważnego, należytej uwagi, czasu rodziców, możliwości wyjazdów… Może przez to spotkali się z brakiem zrozumienia, z niewłaściwym traktowaniem przez inne dzieci, bez należytej reakcji dorosłych.
