Kościół powinien wspierać rozwój rodziny, pod każdym względem. Jednak czy tak jest na pewno. Przyjrzyjmy się temu bliżej z perspektywy wspólnoty o nazwie kościół domowy. Brzmi zachęcająco. Sugeruje zbliżanie się do Boga w domu, całą rodziną. Lecz jak to wygląda w praktyce. Oczywiście nie musi tak jak opiszę być zawsze. To są tylko moje spostrzeżenia.
W praktyce nawet najmniejsze dzieci są oddzielane od swoich rodziców na czas trwania spotkań. Co jak matka karmi, a dziecko płacze – przecież płacz przeszkadza. Rada jaką słychać było na spotkaniu, odciągnij mleko, dziecko zostaw z dziadkami bądź opiekunką. Dzieci starsze biegają, hałasują, chcą się bawić – to też przeszkadza. Z praktyki znanej mi osoby były zamykane w drugim pokoju, gdzie miały razem siedzieć i się sobą zajmować nie przeszkadzając dorosłym. Parę razy w trakcie spotkania zajrzał do nich ktoś z dorosłych. Osoba dziś dorosła cieżko wspomina ten czas, nie przepadała za tym. Dzieci były w różnym wieku, nie wszystkie się lubiły, starsze nie chciały opiekować się młodszymi.
Pomijając te comiesięczne spotkania i rekolekcje, których temat już poruszyłam w poprzednim wpisie. Ile czasu w skali miesiąca zajmują wszystkie nałożone obowiązki: codzienne czytanie Pisma Świętego, codzienna modlitwa osobna małżonków, codzienna modlitwa wspólna małżonków, codzienna modlitwa całą rodziną, spotkania w kręgach, rekolekcje, dni skupienia, do tego coniedzielna jak nie częstsza Msza Święta. Gdyby to zsumować czasowo wychodzi naprawdę sporo. Do tego jak to w rodzinie, każdy musi iść do pracy, musi ogarnąć dom (zakupy, sprzątanie, pranie, gotowanie), często dzieci chcą jakieś dodatkowe zajęcia lub wymagają jakieś terapii, która jest konieczna, z rodziną też wypadało by się spotkać choć co jakiś czas. Dziś może i ktoś pracuje na dwa etaty, bo inaczej rodzina nie daje rady. Ile pomijając kościół zostaje nam czasu na spędzanie razem, tak owocnie, jak tego potrzebują dzieci? Mało. Gdy doliczymy te obowiązki jest go jeszcze mniej. I nie mam nic do chodzenia do kościoła czy wychowania religijnego dzieci, ale nie powinniśmy wylewać przysłowiowego dziecka z kąpielą. Czy kościół nie oczekuje tutaj za dużo. Ok, wspólnoty są dobrowolne – dla dorosłych, bo dla dzieci ta konkretna akurat nie jest. Księża oderwani od normalnego życia, pracy, dzieci, obowiązków domowych, często nie mają pojęcia czego wymagają. Jak negatywny wpływ takie wspólnoty wywierają na młodych ludzi pod przykrywką chęci czynienie dobrego i rozwoju duchowego.
Czy naprawdę nastolatkowie czy małe dzieci powinny być do tego zmuszane? To przekracza normalne wychowanie religijne. Dzieci potrzebują czasu z rodzicami, sam na sam. Czy rozmowa o problemach z dziećmi z innymi ludźmi, w gruncie rzeczy przypadkowymi o różnych zawodach, kompetencjach jest zawsze dobra. Czy jeśli są jakieś problemy nie jest lepiej udać się do specjalisty? Zamiast roztrząsać je i słuchać rad, niekoniecznie dobrych ze strony innych osób? Rozumiem, że intencje mogą być dobre, ale skutki niestety mogą być opłakane. Jako rodzice powinniśmy wiedzieć co jest najlepsze dla naszych dzieci. Czy jeśli dziecko zachoruje szukamy pomocy u krawca, kasjerki czy kogokolwiek innego? Nie szukamy pomocy u lekarza. Nie chodzi tutaj o umniejszanie komukolwiek, chodzi o to jakie kto ma kompetencje i czy aby na pewno na takich spotkaniach rodzice mówią wszystko, czy chcą siebie wybielać. W końcu nikt nie chce źle mówić o sobie, bo co ludzie powiedzą, co ksiądz powie (który nie ma najmniejszego pojęcia o wychowywaniu własnych dzieci). Jak nie znając całości można doradzać? Można się wspierać, ale wiemy jak się to kończy – ktoś rzuci, że ktoś powinien tak zrobić czy inaczej i ok. Na jego dziecko może to podziałało, na moje niekoniecznie to podziała. Zaczyna się wywieranie presji na grupie. Dodam jeszcze, że może lepiej było by porostu poświęcić czas dzieciom, porozmawiać z nimi, poznać je, a wtedy może by się okazało, że tych problemów jest mniej.
Poza tym czy spotkania mające na celu rozwój duchowy i wsparcie się na wzajem powinny regularnie podejmować tematy dzieci, czy rodzin i co się w nich wydarzyło? Czy to powinno być ich celem? Chyba nie. Jeśli mają przybliżać do Boga, to powinno się rozmawiać o Bogu, a tym czego On uczy, jak to odnieść do naszej rzeczywistości. Może jak zachęcić innych do wiary, bo siłą na pewno tego nie robimy. Siłą na ogół osiąga się odwrotny skutek od zamierzonego, a już na pewno w tak delikatnej materii jaką jest wiara. Na prawdę było by o czym mówić, mówiąc tylko o Bogu i tym czego On od nas oczekuje. Mówiąc o tym już każdy w sercu mógłby to odnosić do swojej sytuacji, a na głos dopytać się czy np. dobrze rozumie dane zagadnienie. To by pogłębiało wiedzę teologiczną, religijną, wiarę…, ale przecież nie o to chodzi.
